Od lat pracuję jako grafik komputerowy, a jakiś czas temu porzuciłam etat i zaczęłam działać na własną rękę. Od tamtej pory nauczyłam się bardzo wiele, głównie w praktyce i w szaleńczym tempie. Choć zaczynając, cała drżałam z przerażenia nad mało stabilną przyszłością jako freelancer, przekonałam się, że zawsze dam sobie radę. Kiedy na horyzoncie pojawia się fajne zlecenie, to na pytanie czy zajmuję się tym czy tamtym, odpowiadam „oczywiście”, a o szczegóły martwię się później. Freelancerka nauczyła mnie skakania na głęboką wodę i korzystania z nadarzających się okazji. Dzięki temu opanowałam rzeczy, których nie miałabym szansy poznać nigdzie indziej. Zaczęłam zajmować się Web Designem, później organizowaniem całych projektów i koordynowaniem prac, a w końcu stwierdziłam, że wiele przyjemności sprawia mi planowanie, rozpoznawanie zadań do zrealizowania, szukanie rozwiązań dla różnych problemów. Wtedy zaczęłam interesować się UX Designem.

Wiecie jak to jest, gdy ktoś oferuje pracę dla „świeżaka”. Zwykle wcale nie chodzi im o to, że można być zupełnie zielonym… Tak więc zaczęłam się uczyć. Nie pierwszy raz edukowałam się w sieci, a, wierzcie mi, zwykle znajduję to czego szukam, nawet jeśli muszę dotrzeć do końca internetu. Jednak im więcej wdrażałam się w temat User Experience, tym bardziej wydawało mi się, że nie mam o tym pojęcia. Z pomocą miał przyjść kurs UX Designu, który dał mi sporo wiedzy teoretycznej, ale wciąż brakowało mi okazji, by poznać to wszystko od środka i w praktyce. Tutaj jednak znowu pojawiał się problem, bo jako Graphic Designer chcący się przekwalifikować, znalazłam się na ziemi niczyjej, nie bardzo wiedząc, co dalej. I właśnie wtedy, zupełnie przez przypadek, zobaczyłam na Facebooku informację o TechLeaders. Było to tuż przed zakończeniem naboru, dlatego aplikację pisałam praktycznie na kolanie, stawiając na szczerość, bo nie było już czasu na żadne czary-mary.

Jako mentora wybrałam Michała Krztonia, UX Designera, ze względu na to, że posiadał doświadczenie nie tylko w pracy z różnymi klientami w zespole, ale także jako freelancer. Spodobały mi się jego prace i stwierdziłam, że to ktoś, kto zna się na rzeczy i może mi pomóc. Ani przez chwilę nie żałowałam tej decyzji, bo Michał okazał się osobą bardzo zaangażowaną, konkretną i posiadającą ogromną wiedzę. Nie tylko chętnie i wyczerpująco odpowiadał na wszystkie moje pytania i wątpliwości, zasypywał przykładami i poradami, ale także wciąż wychodził z inicjatywą i wymagał, co motywowało mnie do działania.

W trakcie projektu udało nam się zrealizować redesign jednej z popularniejszych aplikacji bankowości mobilnej w Polsce. Gdy startowaliśmy, myślałam sobie, że przecież sama z niej korzystam i jestem naprawdę zadowolona, dlatego nieco obawiałam się, czy uda mi się wymyślić cokolwiek sensownego. Co ciekawe, dzisiaj ta apka trochę mnie irytuje, choć uśmiecham się do niej, bo wiem, ile dzięki niej się nauczyłam. W ciągu tych kilku miesięcy wiele razy miałam momenty „acha!”, kiedy nagle coś zaskoczyło i przypominały mi się dawne sytuacje, gdzie coś poszło nie tak, bo nie zdawałam sobie sprawy, że można inaczej, szybciej i lepiej.

Udział w programie był też niezłą zabawą. Zawsze lubiłam swoją pracę, ale interdyscyplinarność UX Designu pozwala zaspokoić nie tylko moją kreatywną, ale i tę bardziej analityczną stronę. Z radością odkryłam, że każdy projekt da się obiektywnie ocenić na podstawie pewnych zasad, a nie tylko względem aktualnych trendów czy opinii księgowej, sekretarki, męża, kolegi, pani ze spożywczaka czy kogokolwiek innego, kogo klient lubi pytać o zdanie.

Nie spodziewałam się, że tak wiele można nauczyć się w tak krótkim czasie. Wielką niespodzianką było, kiedy odkrywałam sens w czynnościach, które, gdy się do nich zabierałam, wydawały mi się zbędne. Nie, nie czuję, że już wiem wszystko z dziedziny UX, jeszcze długa droga przede mną, ale chyba już nie widzę dla siebie innej ścieżki (no, ewentualnie mogłabym przytulać małe pandy w Azji ;)). Moim planem jest dalsze rozwijanie się w tym kierunku, być może porzucenie freelance’u by stać się stałą częścią jakiegoś zespołu projektowego. Niezależnie od tego, co ostatecznie postanowię, czuję się pewniej i wierzę, że z wiedzą, jaką zdobyłam, otwierają się przede mną zupełnie nowe możliwości.

Muszę jednak ostrzec, program również trochę mnie „zepsuł” jako Graphic Designera. Nie robią już na mnie wrażenia niektóre wymyślne projekty, jakie kiedyś podziwiałam czy odjechane trendy w designie, które nie wnoszą nic pożytecznego. Nie potrafię też patrzeć na swoje własne prace tak samo jak dawniej. Zakopałam sporą część starego portfolio, bo rzeczy, z których byłam kiedyś dumna teraz nie do końca mnie cieszą. Jeszcze śmieszniej jest z projektami, które zaczęłam przed TechLeaders, a kończę teraz. Dzwonię do zleceniodawców i mówię, że to wszystko (co sama kiedyś proponowałam) jest nie tak, że trzeba pewne rzeczy zmienić. I już nawet nie staram się zrobić oszałamiającego wrażenia na kliencie, wdrażając jakieś bezcelowe pomysły, ale sercem chyba już niezmiennie stoję po stronie użytkownika.

Co mogę dodać? Dziewczyny! Jeżeli nie wiecie jak się zabrać za Wasze marzenia, taki projekt to naprawdę świetny punkt startowy. Nie ma chyba lepszego sposobu na zdobycie celu niż zapytanie o drogę kogoś, kto już tam trafił.

Artykuł napisała dla nas Jolanta Marczewska, uczestniczka trzeciej edycji programu Tech Leaders.